sobota, 25 stycznia 2014

Pieśń o szczęściu - rozdział VI

Z okazji tego, że człowiek wylądował na Słońcu po raz pierwszy (gratulacje, Kim!), nowy, szósty rozdzialik, imienia zgadnijciekogo.
Dla tych nieznających się na sucharach:






Och mein, jaki emocjonujący comeback. Zaniedbywałam Was długo, chyba naprawdę za długo, ale cóż robić - należę do grona autoreczek, które prowadzą naraz kilka blogów. I jeszcze zdarza im się prowadzić życie osobiste. Koszmar, nie powiem.


Na nieszczęście dla siły ziemskich i boskich akcja ratunkowa przebiegła sprawnie: Ji Yong nie skonał, oddając romantycznie ducha w ramionach Seung Hyuna. Zamiast tego ocknął się po kilkudziesięciu sekundach; mniej więcej w momencie, kiedy szczerze przerażony T.O.P postanowił przełamać wewnętrzne opory i ratować życie przyjaciela jedyną znaną mu metodą. Mianowicie usta-usta. G niespecjalnie przejął się całym zajściem, w przeciwieństwie do doprowadzonego do stanu przedzawałowego beat boxera. Ruszył do swego centrum zarządzania światem, przez śmiertelników zwanym kuchnią, by wreszcie w spokoju popracować na laptopie.
Problem polegał na tym, że to wszystko było jedynie zamierzeniem. Reszta lokatorów bardzo dbała o to, by dalej nim pozostało. Wszechobecne śmiechy, wrzaski i symulacje różnego rodzaju odgłosów nieszczególnie pomagały w skupieniu się. Długi, przeszywający pisk Dae Sunga, który najprawdopodobniej prezentował Sayace zdolności wokalne, przelał od dawna przeciekającą czarę goryczy.
Lider zamknął laptopa i bardzo powoli udał się w stronę źródła dźwięków. W tym samym tempie podszedł do tworzącego się w salonie zgromadzenia narodowego. Bez ostrzeżenia wyciągnął z tłumu jaskiniowców główną przyczynę zainteresowania - jedyną przedstawicielkę płci żeńskiej. W głowie odnotował, iż powinien pozwolić im sprowadzać legalnie dziwki, bo skoro detaliczna niewiasta tak odciąga ich uwagę...
- Skoro dołącza do nas ktoś o tak niebagatelnym znaczeniu, powinniśmy zmienić rozkład gotowania, nieprawdaż? - wycedził. - Na przykład mianować dzisiaj naczelnym kucharzem... - udawał, że się zastanawia - tę niewątpliwej rangi pannę?
Wyszarpnął ją z pokoju, mimo gniewnych okrzyków i wyrwania się gwałtem zabranej. Zignorował obelgi, uderzenia, nawet szarpanie za włosy, ale na próbę kanibalizmu zareagował agresywnie. Odsunął pogryzioną dłoń i mocno potrząsnął niedoszłym ludojadem.
- Co znowu?! - warknął.
Po raz kolejny odrzuciła włosy.
- Jeżeli nie masz na tyle przyzwoitości, żeby chociaż pierwszego dnia coś zrobić, to podziękuję. - Obdarzyła go pogardliwym spojrzeniem. - Mogę nie jeść.
Uśmiechnął się równie przyjemnie.
- "Nie mam na tyle przyzwoitości..."? - powtórzył. - Jestem zawiedziony. Myślałem, że zakładasz, że nie mam żadnych zalet.
Praktycznie wrzucił ją do kuchni, nie dając czasu na odpowiedź. Zmierzyła go gniewnym wzrokiem, ale jedynie zacisnęła usta. Nie ruszyła się z miejsca, chyba wychodząc z założenia, iż nie może jej do niczego zmusić. Postanowił to skorygować.
Przesunął się lekko w stronę wieszaków. Patrzyli na siebie jak para kowbojów pośrodku opuszczonego saloonu. Każde czekało aż to drugie wyciągnie broń, by móc jednym, szybkim ruchem... Narzucił na dziewczynę różowy, ohydnie gryzący się z jej strojem fartuszek.
- Miejsce kobiet jest w kuchni, nieprawdaż? - Wyszczerzył się.
W ogóle nie odpowiedziała, jedynie uśmiechała się kpiąco. Nie rozumiał o co chodzi, przynajmniej dopóki silne dłonie nie przytrzymały go brutalnie, a ich właściciel z wrodzoną gracją omal nie urwał mu głowy, nakładając inny fartuszek. Równie obrzydliwy co tamten, acz niebieski.
- Skoro tak uważasz, to czy nie powinieneś zostać w kuchni razem z Sayaką? - zapytał bardzo zadowolony z siebie T.O.P.
Popchnięty do przodu chłopak zachwiał się. Jednak niemal od razu wyprostował się jak struna i podniósł jedną z większych patelni.
- Z taką kobietą zawsze i wszędzie. - Pokiwał w zamyśleniu głową. Po chwili jednak trzasnął kolegę wałkiem w głowę. - Nie przeszkadzaj w pracy, głupi mężczyzno!
Jedyny męski osobnik w pomieszczeniu dotknął pulsującej bólem czaszki. Cofnął się o krok, by ponownie nie zostać trafionym.
- Jesteś całkowicie na... po... walony - jęknął. - Saya, nie spuszczaj go z oczu, bo jeszcze to wykorzysta.
Wyszedł z kuchni; Ji Yong teatralnie odetchnął z ulgą. Zrzucił z siebie jakże seksowny fartuszek i postanowił wyjątkowo naprawdę przysłużyć się dobru społeczności. Po odnalezieniu zachomikowanych w szafkach jajek, zwrócił się do dziewczyny:
- Ogarniasz w ogóle robienie jajecznicy?
Pokręciła lekko głową, więc bez zbędnych konwenansów stanął za nią i złapał za dłonie. Ciepłe i delikatne, tak niepasujące od wizerunku Sayaki. Przejechał po nich palcami, by jeszcze przez moment... Kiedy poczuł, jak dziewczyna sztywnieje, natychmiast przestał. Zamiast tego ulokował głowę na jej ramieniu i rozpoczął lekcję gotowania.
- Nie dawaj mi się tak, bo twój chłopiec nas zje - wymruczał jej do ucha.
Słyszał, jak przeklina pod nosem. Nie to jednak było problemem – zdecydowanie większy stanowiła noga, która omal nie znalazła się na jego kroczu. Bynajmniej nie w celach pokojowych.
- Masz rację. - Pokiwała głową. - Nie ma sensu kłócić się z facetem o coś tak... beznadziejnego.
G zamilkł. Co mógł odpowiedzieć na coś takiego? Pewnie głębsza refleksja doprowadziłaby go do znienawidzenia samego siebie i przeproszenia niewiasty za całą akcję, ale na szczęście uratowało go przybycie Seungriego. W obliczu zostania nakrytym przestał myśleć.
Chłopak uśmiechnął się do nich przyjaźnie. Kompozytor odwzajemnił uśmiech, zastanawiając się, czy maknae naprawdę niczego nie widzi, czy perfidnie umiera w duchu ze śmiechu. Na wszelki wypadek wolał się nie ruszać.
Wytrwał w tym postanowieniu dokładnie dziesięć sekund. Potem zadzwonił telefon.
Szefostwo.



***



Pomieszczenie główne. Sala audiencyjna. Komnata tortur.
Wiele nazw nosiło to miejsce, każdy zespół nazywał go inaczej – w zależności od poczucia humoru i sytuacji. Aktualnie BIG BANG ochrzcił je mianem siedziby głównej Służb Bezpieczeństwa. Teraz tylko przesłuchanie, ścieżka zdrowia i sponiewieranie przez Starą Mateczkę Han.
Piątka k-popowców stała w milczeniu, nie spuszczając wzroku ze stojącego pośrodku sali prezesa. Żaden nie pozwolił sobie nawet na chwilę rozluźnienia; wszyscy prostowali się, jakby zaraz ktoś miał ich skazać na śmierć. Albo wyrzucić z wytwórni. Na nieszczęście to porównanie nie było w obecnej sytuacji zbyt zabawne. Szczególnie w momencie, w którym na scenie pojawiła się Sayaka.
Dziewczyna w ogóle nie wydawała się przejęta. Dziarskim, niepasującym do niewiasty mocnym krokiem przemierzyła salę, by bezczelnie wręcz przykleić się do swojego chłopaka. Cała sala zamarła w oczekiwaniu na reakcję zarządu.
- Więc... co? - Nikt nie zdążył zaobserwować recepcji pana Yanga, gdyż Saya ponownie wykazała się wyjątkową odpornością na znajomość podstawowych zasad kultury.
Ktoś syknął, ktoś zmarszczył brwi. Dziewczyna nie wyglądała w żaden sposób na przejętą. Oparła się o ramię Daesunga, uśmiechając się pogardliwie. Nikt nie miał nawet nadziei, że jakiekolwiek pertraktacje - pomijając naruszenie wolności osobistej kobiety i przekupienie jej – są bezsensowne.
Mimo to prezes postanowił spróbować.
I na próbach się skończyło.
Po kilkudziesięciu minutach dyskusji, kwadransie krzyków Sayaki i jednej próbie ataku zdecydowano się na ugodę. Dziewczyna mogła, nie MIAŁA, z nimi zostać, by promować wizerunek zespołu jako otwartego na związki z fanami. Fakt, iż Saya zdecydowanie nie była fanką, zamierzano przemilczeć.
Żaden z zamieszanych w sprawę mężczyzn nie mógł uwierzyć, że ta opętana, wulgarna wariatka potrafiła przegadać najbardziej opanowanego z najbardziej opanowanych. Kiedy nawet uradowana Saya pomachała im podpisaną umową – mimo wszystko szefostwo wolało się upewnić, że niczego nie opowie później mediom – wciąż nie umieli przyjąć tego do wiadomości.
- Przecież to było logiczne, że się zgodzą. - Okazało się, iż dziewczyna należy do tego typu zwycięzców, którzy nigdy nie przestaną przechwalać się swoim tryumfem i opowiadać, jak to się go spodziewali. - Przedstawianie was jako nieczułych, pozbawionych problemów, popędu i tak dalej jest po prostu nielogiczne, durne i... - Przerwała, by zaciągnąć się papierosem. - Fanki wolą wierzyć, że mogą z wami być, nie? A ja jako genialny żywy przykład...
- Tak, wszyscy jesteśmy z ciebie dumni . - Tae Yang wystawił w jej stronę otwartą dłoń. Zrozumiała aluzję i zamilkła.
- Nie zapomnij też o najważniejszym argumencie – parsknął Seungri. - Tym o wspieraniu nas w domowych obowiązkach.
Męska część lokatorów uśmiechnęła się złośliwie. Sam fakt, że już siedzieli w kuchni był wystarczająco wymowny.
Sayaka zacisnęła usta i chuchnęła w nich dymem. Nikt nie wyglądał na przejętego, jedynie maknae popatrzył na ohydnego, rakotwórczego peta z utęsknieniem. Lider nie pozwalał mu palić z racji wieku, co sam zainteresowany uważał za idiotyczne, ale bał się zaprotestować.
- Po prostu stwierdzili, że dla dwudziestoletnich chłopców celibat jest czymś wybitnie niewskazanym. - Ji Yong odebrał dziewczynie szluga, obdarzając Seungriego kpiącym uśmiechem.
- Bo z nadmiaru gromadzących się hormonów molestują nieznajome kobiety – odparła z powagą dziewczyna.
G-Dragon roześmiał się w odpowiedzi, Sayaka zawtórowała mu po chwili. Reszta towarzystwa patrzyła na nich niepewnie w oczekiwaniu na wytłumaczenie dowcipu. Japonka jednak jedynie potarmosiła włosy kompozytora.
T.O.P postanowił nie wychodzi po raz kolejny na tego, który nie ma o niczym pojęcia. Pociągnął Daesunga za ramię i tłumacząc chęcią uczczenia rozwiązania sprawy piwem, wyciągnął go z mieszkania. Nie musiał się odwracać, by czuć na sobie wzrok lidera.



***



Wieczorem, niezobowiązująco podchmielony, przypomniał sobie o tym, że od niedawna powinien dzielić pokój z G-Dragonem. Problem polegał na tym, iż lider akurat tego sobie nie przypomniał. Po kilku minutach dobijania do drzwi beat boxer nie doczekał się żadnej reakcji. Mimo wszystko był w zbyt filozoficznym humorze, by dalej walczyć o dostęp do pokoju. Rozważając znaczenie wierszy Sylvii Plath, oparł się o drzwi.



***



T.O.P skrzywił się, boleśnie uzmysławiając sobie z ilu mięśni składa się jego ciało. Żadna lekcja biologii nie dokonała tyle, ile jedna noc spędzona pod drzwiami. Próbował sobie przypomnieć, co powinien zrobić, by ciało przestało go boleć, ale został bezczelnie zignorowany przez płat brzeżny. Widocznie jego mózg stwierdził, że tę informację pozna innym razem.
Ruszył w stronę kuchni, z której dobiegały go głosy i całkiem przyjemny zapach. Na tyle przyjemny, żeby jego żołądek zakwilił z rozpaczy. Choi Seung Hyun postanowił się ulitować nad pokrzywdzonym organem i ruszył ku źródłu przyszłych rozkoszy podniebienia. W optymistycznym wydaniu, rzecz jasna.
Zaskoczenie uderzyło go, podwórkowo mówiąc, glanem w ryj. Wyraźnie rozbawiony Ji Yong trzymał nadgarstki Sayaki, manipulując w ten sposób trzymaną przez nią patelnią. Oboje wyglądali na bardzo zadowolonych z sytuacji, swojej pozycji i zachowania. Biorąc pod uwagę fakt, że ledwie wczoraj Tempo zajmował się głównie powstrzymywaniem ich, by nie zamordowali siebie nawzajem, miał pełne prawo czuć zdziwienie.
Dziewczyna odwróciła się w jego stronę i szepnęła coś do lidera. T.O.P dałby sobie uciąć rękę, że nie było to w żaden sposób powiązane z wczorajszą wiązanką na temat wyrywania genitaliów i wpychania ich do ust irytujących ją osobników.
Gdyby Bóg respektował takie wewnętrzne zakłady, drugi raper mógłby już poszczycić się uciętą prawicą.
- Spierdalaj, tępa szmato – syknął nieco głośniej kompozytor.
Sayaka pokręciła głową i nadepnęła mu na stopę. G-Dragon odskoczył w samą porę. Błysnął metal na końcu ściągniętego z blatu widelca, rozległ się bojowy okrzyk. Dziewczyna pochwyciła nożyk do krojenia owoców i ustawiła się w pozycji bojowej. Szczęk stali rozbrzmiał po pomieszczeniu.
Beat boxer doszedł do wniosku, że powinien zostawić wariatów z wariatami. Zawisł nad lodówką, wyciągnął okropny, niskokaloryczny jogurt i wyminął walczącą parkę, by wydobyć łyżeczkę z odmętów szafki.
Wbrew międzynarodowym zasadom savoir-vivre'u oparł łokcie na stole. Po chwili dołączyła do nich jego głowa, która z niewiadomych przyczyn wydawała się zdecydowanie za ciężka. W leżąco-siedzącej pozycji obserwował pojedynek mistrzów walki.
- Widzę, żeś w formie. Mimo pewnych czynników – stwierdził.
Na moment wybity z rytmu Ji Yong omal nie uniknął przecinającego powietrze jak błyskawica ataku od góry. Co prawda, takie trafienie w najgorszym wypadku mogłoby mu lekko przeciąć kawałek skóry, ale Seung Hyun już zdążył zauważyć, iż w tej walce chodziło przede wszystkim nie o zwycięstwo, ale o to, by wyjść bez szwanku. Albo przynajmniej w gorszym stanie niż przeciwnik.
- Jeżeli starasz się nawiązać do pewnej sytuacji, to myślałem, że już o tym mówiliśmy i nie będziemy do tego wracać...
Sayaka przybrała pozę chińskiego mędrca i zaatakowała niechronioną flankę G. Ostrze nożyka nie wyrządziło jednak żadnych szkód – większe ślady zostawiło dźgnięcie widelcem zafundowane w następnej sekundzie kobiecie.
- Miałem na myśli materialny powód, dla którego twoje emocje przybrały takie odwrót, ale cóż... - Tempo podniósł głowę ze słabym uśmiechem. - Wyjaśnisz naszej drogiej Sayi o co chodzi czy ja mam to zrobić?
Bojowy nastrój dziewczyny należało już zaliczyć do przeszłości. Wpatrywała się w Ji Yonga z typowo kobiecym, wścibskim wyrazem twarzy.
- Ani się waż – syknął lider.
T.O.P zbyt dobrze się bawił, by spełnić polecenie.
- Saya, Dae mówił, że namierzył cię, bo pisałaś o nim dobre yaoi – zwrócił się do dziewczyny. - Kto by pomyślał, że lubi takie rzeczy, prawda, Kwon?
Uśmiechnął się z satysfakcją, kiedy Japonka powoli pokiwała głową, analizując coś w głowie. Uśmiech pogłębił się, gdy przeniósł wzrok na twarz lidera. Wyglądał jakby nie mógł się zdecydować, czy wybuchnąć gniewem, czy dać upust panicznemu przerażeniu. Naprawdę aż tak bał się, że TO wyjdzie...?
- Pierdolisz – żachnął się w końcu kompozytor. - Spierdalaj stąd.
Beat boxer posłusznie wstał, ale jedynie po to, by znaleźć się bliżej G. Oparł głowę na jego ramieniu i wyszczerzył się do Sayaki. Dziewczyna nie odpowiedziała uśmiechem – wpatrywała się w nich z nieodgadnioną miną.
- Zachowuj się w obecności damy! - zakrzyknął teatralnie urażony Seung Hyun. - Chociaż osobiście zaczynam wątpić, czy interesowałaby cię obecność JAKIEJKOLWIEK damy.
Odchylił się, gdy główny raper wyprowadził cios. Skrzywił się z niesmakiem, po czym zgarnął jogurt oraz łyżeczkę. Stanął na środku kuchni, grzecznie ukłonił i wyszedł z pomieszczenia.
- Gdybym sprzedała informację o waszej dzisiejszej kłótni reporterom, byłabym milionerką – usłyszał jęk Sayaki. - Pieprzony Dae, czasami wolę, żeby go nie było.
- A co niby takiego ciekawego było w naszej sprzeczce?
T.O.P mógł się założyć, że dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Preferuję Taeyang x V.I, więc mnie nie pytaj.
Beat boxer zakrztusił się malowniczo. Łapał rozpaczliwie powietrze, próbując zawołać kogoś, kto mógłby mu pomóc. Nikt jednak go nie słyszał. Pochylił się z zamiarem wyplucia tego, co...
Świst powietrza, po którym nastąpiło uderzenie w plecy brzmiał jak wybawienie. T.O.P nigdy nie podejrzewał się o skłonności masochistyczne, lecz z każdym razem czuł się lepiej. W końcu odetchnął pełną piersią.
Odwrócił się, by zobaczyć stojącą za nim Sayakę. Kobieta uśmiechnęła się czarująco.
- Ale nie bój nic, G-Topa też lubię.

Bogowie, jakież to straszne siły puścił w ruch?!

środa, 27 listopada 2013

Pieśń o szczęściu - rozdział V

T.O.P nie wiedział jak, ale jakimś cudem - znanym jako delikatna perswazja w postaci ciosu w podbrzusze - udało mu się wyswobodzić. Wyswobodzić, bo przecież nawet na moment nie chciał całować Ji Yonga. Odwrócił się gwałtownie, by otworzyć drzwi i jak najszybciej opuścić pokój.
Biegł, ignorując wołania przyjaciela; nawet nie rozumiał tych okrzyków. Obrazy i odczucia sprzed paru chwil powoli, szczątkowo, ale nieuchronnie wypływać na wierzch. Chciał być daleko, gdziekolwiek indziej, byle nie przy liderze. Dlatego biegł, biegł, biegł, dopóki gwałtowny ból nie targnął jego ciałem, gdy uderzył w coś dużego, poruszającego się zdecydowanie za szybko jak na słup.



***


Od kilku minut pomieszczenie jawiło się Seung Hyunowi jako ogromny okrąg, wzdłuż którego musi nieustannie krążyć każdy, kto wstał z miejsca. Zarówno Daesung, jak i Taeyang i Dragon nawet na moment nie usiedli, nie zboczyli z trasy. Tylko D-Sol mówił: opowiadał o pierwszym spotkaniu z wyzywającą go od idiotów fanką, kolejnym spotkaniu, ukrywaniu randek dzięki opowieściom o pijackich libacjach z Seungrim. Z każdą sekundą jego opowieści twarz G tężała; kiedy główny wokalista doszedł do kawałka z przyłapaniem jego i dziewczyny przez reporterów, twarz Kwona mogłaby konkurować z dowolną kartką papieru. 
- Inaczej mówiąc, robiłeś nas w chuja przez kilka miesięcy, wczoraj zauważyli cię jak lizałeś swoją kochaśkę, a teraz przylatujesz do nas, byśmy uratowali ci tyłek? - parsknął lider. 
Daesung usiadł obok Tempo, wyrywając się z tego przeklętego koła, i pokiwał głową. Choi wolałby, żeby tego nie robił. Brak zaufania ze strony wokalisty bolał; był pewien, że Ji Yong nie reagowałby w tak ekstremalny sposób, gdyby chociaż wcześniej im powiedział...
- Czy ty zdajesz sobie sprawę, że mogą nas stąd wywalić?!
Taekwon oparł się o ścianę. Teraz tylko główny raper krążył po pokoju. T.O.P nie potrafił wyrzucić z głowy porównania chłopaka do jastrzębia wpatrującego się w ofiarę. Nawet nie czuł się nieswojo z tego powodu - G całkowicie skupił się na historii Kanga. Zresztą wolał omówić... "tamto" później. Sto lat wydawało się odpowiednio długim okresem, by rozważyć wszystkie za i przeciw.
- To nie jest romans dla pań po pięćdziesiątce, debilu! - wrzasnął kompozytor. - Tu są zasady! Z-A-S-A-D-Y! Jeżeli się do nich nie stosujemy, to... Ja pierdolę. - Zakrył usta dłonią i pokręcił głową. - Co ty sobie w ogóle myślałeś? Że ukradkiem weźmiecie ślub, dorobicie się dziecięcej drużyny piłkarskiej, a reszta świata straci wzrok?! - Kiedy i on się zatrzymał, w salonie zapanowała złowroga cisza. Zatrzymany parę godzin wcześniej zegar jedynie potęgował to wrażenie. - Boże, cała praca, te wszystkie lata, teraz...
Young Bae podniósł się z kanapy, by objąć Dragona ramieniem. Beat boxera jednak nie rozczuliła ta scena. Przeciwnie. Spojrzał na nienaturalnie duże cienie pod oczami Daesunga i coś w nim pękło. Poruszająca, dramatyczna scena, którą właśnie odegrał kompozytor napełniła go obrzydzeniem, przywołała niedawne wspomnienie chwiejącego się, naćpanego chłopaka.
- Akurat ty nie powinieneś uczyć nikogo o ostrożności, czy dbaniu o dobro zespołu. - wycedził, mrużąc oczy - Daesung, może uda nam się dojść do jakiegoś porozumienia z menadżerem... W końcu to, że jesteś z fanką może dać innym duże pole do fantazjowania o wszystkich pozostałych.
G wysunął się z objęć najlepszego przyjaciela i po raz pierwszy od ich "pocałunku" popatrzył mu w oczy. Stał na drugim końcu pomieszczenia, daleko niego, lecz mimo to Seung Hyun zadrżał. Główny raper jedynie uśmiechnął się chłodno.
- Ja nie obnosiłem się z niczym na prawo i lewo. Nie poradzę, że NIEKTÓRZY nie mogą usiedzieć w miejscu bez wtrącania nosa w nieswoje sprawy. - Kwon przestał udawać załamanego, był naprawdę wściekły. - Dzięki niebiosom, mam rozwiązanie. Możemy po prostu zapłacić kochanym hienom, dziewczynę zmusić do odpuszczenia i problem z głowy, nieprawdaż? Jeżeli oczywiście pominiemy szereg rozmów z wytwórnią, które będę musiał przeprowadzić i tłumaczyć się za wszystko w twoim, Dae Sung, imieniu.
Choi także wstał.
- Nikt nie będzie się bawił w korupcję ani prał mózg niewinnej dziewczynie. To, co Dae zrobi ze swoim życiem jest zależne tylko od niego, a ty powinieneś zająć się własnymi problemami.
Dragon skrzywił się demonstracyjnie, lecz T.O.P się już tym nie przejmował. Doskonale zdawał sobie sprawę, że w tym przypadku nie mogą pozwolić sprawom toczyć się własnym torem, jednak miał dość. Dość tej sprawy, lidera, tego, jak traktował innych i tego, że nikt poza nim nie zwracał na to uwagi. 
- Moim problemem jest rozwalenie zespołu - odparł sucho chłopak. - Do mnie należy zarządzanie waszą hałastrą, jakbyś nie zauważył. Może uda się to przeprowadzić polubownie. Jeżeli nie... - Przygryzł wargę. - D-Sol, przyprowadź ją tu - rzekł cicho. Adresat wypowiedzi zamrugał, chyba dopiero orientując się, że do do niego się zwrócono. - JUŻ! - Ji Yong nie pozwolił mu na zebranie myśli.



***


Niebo płakało obficie; Seung Hyun z trudem rozpoznawał sylwetki ludzi mających wyjątkową przyjemność przebywania na zewnątrz. Zacisnął palce na parapecie i westchnął ciężko.
Wciąż czekali na Daesunga. Chłopak albo utknął w korku dłuższym od Muru Chińskiego, albo właśnie wsiadał do samolotu lecącego na Karaiby. W obu przypadkach był idiotą. Liczyła się każda minuta, o czym nie zapominał co chwilę przypominać G. Przynajmniej dopóki Taeyang nie kazał mu się zamknąć.
Teraz T.O.P z radością posłuchałby jakiegoś liderowego kazania. Czegokolwiek, byleby przełamało panujące między nimi napięcie. Już wiedział, jak czują się żołnierze. Poddenerwowani, w każdej chwili gotowi na przybycie wroga. Cisza była gorsza od hałasu, to jej nie potrafił przerwać. Nawet kiedy Ji Yong odsunął go od okna i usiadł na parapecie. Niemal stykali się nosami.
- I co teraz? - Kompozytor odezwał się pierwszy. - I nie mam na myśli tego zamieszania z Dae.
- To, co się stało... - zaczął.
G zamrugał. Nie wyglądał jednak na zbytnio zaskoczonego. Uśmiechnął się kpiąco i bardzo teatralnie westchnął.
- Nie musimy o tym rozmawiać - uciął dziwnie obcym głosem. - Nie teraz. Naprawdę daj sobie spokój.
- Nie chciałem, żeby to tak wyszło. Wiem, że teraz pewnie czujesz się skrępowany i w ogóle, ale to...
Uniósł brwi, słysząc parsknięcie chłopaka. Tamten jednak nie patrzył na niego.
- Ok, w porządku. - Wzrok Kwona był utkwiony za jego ramieniem, skupiony na analizowaniu ściany. - Byłem najebany, tak? Nie masz się czym przejmować. To wszystko... nie miało znaczenia.
Dalej patrzył na ścianę.
- Nie chciałbym, żebyś... - zaczął i zamilkł, słysząc śmiech przyjaciela.
- To nie jest pierwszy raz, kotku. - G machnął ręką, jakby odganiał jakąś wyjątkowo natrętna muchę. - Naćpałem się, przelizaliśmy się, koniec tematu. Mógłbym się wściekać, gdybyś mnie przeleciał, a tak to po prostu zwalam to na karb swej olśniewającej prezencji. Dziękuję, kropka.
Tempo pokręcił głową. Go to zdecydowanie nie bawiło. Do tego typu zbliżeń dochodziło jedynie między kochankami albo pijanymi, a on... Nie dość, że nie odepchnął kolegi, to nawet sam zainicjował, zachęcił do pocałunku. Nigdy nie uważał się za geja, tym bardziej za człowieka durzącego się w znajomych w pracy. Przyjaciołach. Coś takiego zdarzyło mu się po raz pierwszy, lecz czy oznaczało to od razu, iż nie miało znaczenia?
Stop.
Tak jak powiedział Ji Yong.
To nie miało znaczenia.
Nieważne, że czuł się brudny, skrępowany i zirytowany. To nie miało znaczenia.
Tak samo jak to, że nie potrafił spuścić wzroku z ust lidera.



***


Stukot ciężkich butów wyrwał Dragona z zamyślenia. Oparł się nonszalancko o ścianę, westchnął ciężko i skupił się na drzwiach. Pozostawało mieć nadzieje, iż D-Sol wybrał na królową serca jakąś przerażająco nieciekawa, sympatyczną dziewczynę, która po krótkiej rozmowie zapozna się ze swym miejscem w szeregu, grzecznie oddali i przestanie sprawiać kłopoty. Być może nawet udałoby się wtedy przekonać prezesa, że w gazetach zamieszczono fotomontaże, Daesung dalej jest dziewicą, a BIG BANG jest gotowy do pracy jak nigdy.
Drzwi trzasnęły z hukiem, a on westchnął ponownie. Cały plan trafił szlag.
- Dae, może nas przedstawisz? - Demon miał irytująco słodki, japoński akcent.
Nikt nie zareagował. Wszyscy - prócz D-Lite, który bardzo dokładnie analizował zawartość stojącego nieopodal kubła, i jego pogardliwie uśmiechniętej dziewczyny - wytrzeszczali oczy.
Ji Yong widział w swoim życiu wiele kobiet. Niektóre inspirowały się satanistycznymi zespołami, inne farbowały włosy na absurdalne kolory, hodowały na ciele kolczykową dżunglę albo nagle wymieniały wszystkie ubrania na różowe. Dotąd jednak nie spotkał takiej, która wymieszała absolutnie wszystkie style, dokładając jeszcze gigantyczne, jaskrawoczerwone platformy i tonę tapety. Jeszcze żadna też nie była w tak fascynujący sposób brzydka. I ładna. I irytująco niejednoznaczna.
- Ja... To moja... Saya. Sayaka Ishihara - wydukał przerażony Dae Sung, gdy przedstawicielka płci stereotypowo pięknej dźgnęła go pod żebra.
Kwon wydał wargi, rozdrażniony nasuwającą się anegdotką o noszeniu spodni w związkach.
- Gdyby nie okoliczności, powiedziałbym, że miło cię poznać - zaczął. - Chociaż nie, jednak wtedy też nie. - Bezczelnie zlekceważył syknięcia kolegów. - Wracając do problemu, jesteście pewni, że tak mocno się kochacie, iż nie możecie pod żadnym pozorem ze sobą zerwać i rozwiązać cały problem?
- Jestem pewna, że nie zrobię tego tylko dlatego, że w tym waszym "kij-popie" liżecie fankom dupy. 
Lider przyłożył dłoń do skroni. Nie spodziewał się tego, nawet nie zakładał, że z miejsca trafią na dziewczynę, która absolutnie MUSI coś wszystkim udowodnić. Na dodatek nie była fanką, więc... Szczerze mówiąc, nie miał pojęcia co z tego wynikało. Jego Drugie Ja, powszechnie znany jako Strateg, zdążyło uciec wraz z Cierpliwością. Tak nikt go nie nazywał.
- W takim razie, kochanie, zobowiązuję cię do uroczego dbania o swojego chłopaka w nadchodzących dniach - warknął. - Ktokolwiek na sali, kto nie jest oczywiście Choiem, ma jakiś pomysł, który nie skończyłby się rozwaleniem naszego kochanego zespołu?
- A to taki problem? Przysłużylibyście się muzyce - zaświergotała Sayaka. - Ale jeśli ta sprawa jest dla was AŻ TAK ważna, to chyba... T.O.P miał ponoć jakiś pomysł. Przynajmniej Dae tak mówił.
G zaczął odliczać do stu. Przy piętnastu przeklął.
- Słuchaj, skarbie... - Potrząsnął głową. - Aktualnie pełnisz rolę krzesła albo wieszaka - chociaż nie, one są mimo wszystko pożyteczne. Jesteś tutaj tylko po to, byś zaświadczyła, że jednak tak mocno loffciasz naszego kolegę, iż nie zrobisz czegoś tak wspaniałego jak zerwanie z nim. Więc z łaski swojej... zamknij się. - Odwrócił się do niej plecami. - A wy, koty... Aktualnie mamy dwie opcje. Albo pozwolimy na... zastąpienie D-Sola kimś innym, albo bawimy się w rewoltę. Wiem, że to formalność, ale co o tym...?
- Przepraszam, ale o czym ty pierdolisz? - Dziewczyna uniosła zakolczykowaną brew. - To, że jesteś liderem nie ma w tej sprawie nic do rzeczy. To dotyczy jedynie mnie, Dae i waszej kochanej wytwórni. - Podeszła do Dragona, a jej źrenice zmniejszyły się niebezpiecznie. - Jeżeli cię wywalą... Mi to nawet na rękę. Ale mógłbyś przestać traktować wszystkich z góry tylko dlatego, że dali ci wyższy stołek. - Jej wypowiedź stawała się coraz chaotyczniejsza wraz ze stopniem, w jakim zbliżała się do Dragona i wysokością tonu jej głosu. - Takie ciągłe podkreślanie swojej pozycji jedynie ujawnia słabości.
Nie rozumiała. Naprawdę nie rozumiała. Ji Yong nie wiedział, jak wielką musiała być dziura, w której przedtem mieszkała ta kobieta, ale nie zamierzał się tym przejmować. Tylko uświadomić. Od razu i brutalnie.
- Powiedzieć ci coś fajnego, kotku? - Usiadł na parapecie. Brzęknęła zapalniczka, w ustach wylądował jedenasty tego dnia papieros. - To, że jestem szefem tego męskiego burdelu sprawia, iż ponoszę za nich odpowiedzialność, więc to jest też MOJA sprawa, a także - uwaga! - sprawa zespołu. Ty sobie możesz co najwyżej pozować do fotografii. Yeng nawet nie pozwoli ci dojść do słowa, bo... Chociaaaż... - przerwał, otaksowawszy ją wzrokiem. - Jesteś wyszczekana, więc może odpowiednio ich sprowokujesz. Odpowiednio.
Dziewczyna chyba coś odpowiedziała, potem odezwał się Seungri, a jeszcze później chyba Young Bae, lecz G nie zwracał na nich uwagi. Wypuścił dym z szerokim uśmiechem. Wreszcie zrozumiał.
Ona był ich szansą. Szansą na zwrócenie uwagi wytwórni na to, że nie są robotami, że przecież mogą mieć kogoś. Szansą na normalność. Szczególnie biorąc pod uwagę niespotykaną butę Sayaki - prezes uwielbiał ludzi, którzy z nim dyskutowali. Może o to chodziło Seung Hyunowi?
- Ok, jesteś przyjęta na Głównego Chuligana, możesz zasalutować. - Podniósł się nagle.
Rozchyliła wargi, kręcąc głową, lecz ukochany zasłonił jej usta dłonią. Wydawał się szczerze rozbawiony.
- Nie denerwuj się. Jeżeli wszystko się uda, będziesz znosić go codziennie. - Cała piątka parsknęła.
- Wszystko się uda? Nie zamierzam się bawić w te wasze muzyczno-komercyjne gierki ani tym bardziej zamieszkiwać w cholernym obozie pracy dla zniewieściałych. - Złapała się pod boki, wyraźnie wkurzona.
Kompozytor pokręcił głową.
- Zawsze widziałem, że on po prostu NIE MOŻE wybrać miłej, poukładanej, normalnej dziewczyny - stwierdził kwaśno.
- Ponoć ludzie najbardziej nie znoszą sobie podobnych - rzucił nagle maknae. Tym razem to Dragon się nie roześmiał.
- Konkretniej - T.O.P wreszcie raczył zaszczycić ich swym głębokim basem - Żeby zdziałać cokolwiek, musimy wiedzieć, na czym stoimy. Poczekamy, aż menadżer sam na nas napadnie i będziemy improwizować. Tworzenie niecnych planów nic nam teraz nie da.
Wszyscy pokiwali głowami. Raczej nie byli zbyt entuzjastycznie nastawieni, ale nie dostrzegli jakichś okropnych wad tego konceptu. Alternatywa w postaci wspólnego siedzenia w takiej atmosferze nikogo aż tak nie kusiła.
Ji Yong pierwszy rzucił się do wyjścia. Biegł na złamanie karku, zamiast bicia serca słysząc Rolling Stonesów uderzających w talerze. Przy akompaniamencie Neila Pearta. 
Drżącymi rękami, z trudem zamknął drzwi na klucz. Oparł się o nie i głośno wypuścił powietrze. Nasłuchiwał biegu albo przynajmniej ciężkich kroków Choia, lecz nic takiego nie nastąpiło. 
Życie nieraz udowodniło chłopakowi, że sytuacje opisane w książkach tak naprawdę w "normalnym" świecie na nikim nie zrobiłyby wrażenia.
Nie tym razem.
Drzwi zatrzęsły się w posadach, pozwalając mu doświadczyć, jak wyglądałoby spotkanie Gandalfa z Barlogiem, gdyby obaj byli kompetentni.
Przekręcił klucz i wychylił się zza framugi, by rozeznać się w sytuacji.
ŁUP.
Spotkanie pierwszego stopnia z gładkim drewnem pozbawiło go tchu. Próbował oddychać, ale ból dostatecznie mu w tym przeszkadzał. Właśnie, ból... Ból był za słabym słowem. Był oszołomiony w ścisłym tego słowa znaczeniu i bynajmniej nie z powodu nachylającego się nad nim beat boxera. Choć to mogła być jedna z przyczyn.
- Ja... Wszystko w porządku? - T.O.P wsunął mu rękę pod kark i uniósł delikatnie niczym konającego żołnierza, właśnie trafionego na wojnie w Afganistanie.
- Spierdalaj - jęknął jedynie, wspiąwszy się na wyżyny elokwencji.
Potem Bóg postanowił upomnieć się o te wszystkie niezapłacone rachunki za prąd i zrobiło mu się ciemno przed oczami.
Zemdlał.


a tak w ogóle, kociałki (nieżywy mówi), patrzcie, jaka nowa, fajna zakładka! <3

wtorek, 26 listopada 2013

Serdecznie przepraszam,

ale następny rozdział "Pieśni..." ukaże się jutro. Najwcześniej jak tylko się da. Niestety, chociaż jest już napisany, muszę oddać komputer, więc nie mam czasu go sprawdzić, a nie chcę dawać Wam bełkotu.
Wybaczcie.



poniedziałek, 11 listopada 2013

Pieśń o szczęściu - rozdział IV

Dwaj mężczyźni w dresach wpatrywali się w siebie intensywnie. Jeden spoczywał na ziemi, drugi stał nad nim, dzierżąc w dłoni najpodlejszej rangi papierosa. Nieistniejąca publiczność mogłaby usłyszeć dźwięk roztrzaskiwania się o ziemię strąconego popiołu. Drugi z mężczyzn pochylił się nad pierwszym z niegrożącą niczego dobrego miną. Uśmiechnął się złowieszczo, jakby już obmyślał sposoby torturowania przeciwnika. Napięcie sięgało zenitu.
T.O.P wybuchnął śmiechem.
- Z czego rżysz? - warknął nagle pozbawiony pełnej grozy otoczki lider. Nie doczekał się odpowiedzi; Seung Hyun chyba wybierał między śmiercią ze śmiechu a straceniem przytomności. Ji Yong polecał to drugie. - W sumie to nie sądziłem, że zarząd składa się aż z takich debili... - Wreszcie sam się uśmiechnął.
- Uważaj, bo pewnie zaraz któryś z nich się tu zmaterializuje i wylecisz razem ze mną. - Żadna przestroga nie wyszłaby zbyt przekonująco, gdyby towarzyszyły jej dziki rechot i turlanie się po podłodze.
- No, bardzo śmieszne... Moglibyśmy teraz oboje zbierać się z bruku gdzieś w Pekinie, gdyby nie moja genialna reakcja. - Nos chłopaka mógłby bezproblemowo stanąć w szranki z Interstate 90. - Teraz muszę cię zaprowadzić do pokoju, ocucić i inne bzdury, tak?
Choi oblizał wargę i zalotnie pomachał nogą w powietrzu.
- Weźmiesz mnie na ręce? - wysunął kuszącą propozycję.
- Zapierdalajta na ciężkie roboty - odparł człek z wiecznym PSM-em. - Jeżeli ci bardzo zależy, mogę ciągnąć po ziemi.
Tempo westchnął ciężko.
- Och, bogowie, czemuście ukarali mnie uczynieniem z tego fajfusa głównym elementem mego życia?! - zapłakał gorzko.
- Coraz częściej zagrażasz moim ubraniom - rzekł tonem godnym najwybitniejszych greckich myślicieli.
Jak się spodziewał, przyjaciel się nie odciął. Cóż, nie każdy musiał urodzić się erystyczno-retorycznym mistrzem.



***


W pokoju panował CHAOS. Stosy świerszczyków, kilkaset niezidentyfikowanych przedmiotów, rozpostarta od krańców jednego łóżka do drugiego pościel - ot, standardowa miejscówka dorastających młodych mężczyzn. Przynajmniej w powszechnym mniemaniu, lider oczywiście miał na ten temat odmienne zdanie. Ji Yong westchnął na tyle teatralnie, by T.O.P to usłyszał. Wyjątkowo nic nie powiedział. 
- Boże, jak wy możecie tu żyć...? - Podniósł z obrzydzeniem jakiś wyjątkowo paskudny - jedyny w pokoju, Choi był pewien, że zrobił to celowo! - wyrób bieliznopodobny. 
- Tu przynajmniej jest przytulnie, nie to co w twoim Skrzydle Szpitalnym. - Wzruszył ramionami. - Rozumiem, że brak zapachu środków czyszczących może się wydawać niepokojący, ale tak to jest u NORMALNYCH ludzi.
G skrzywił się ponownie. Seung Hyun przez chwilę walczył z chęcią poinformowania go, że naprawdę nie wygląda lepiej ze zmarszczkami, lecz ten jedyny raz przegłosował go instynkt samozachowawczy. 
- Ponoć miałeś mnie ratować - zaczął, bynajmniej nie mądrzej. - Jakieś sztuczne oddychanie czy coś...
Kwon jedynie wysoko uniósł brwi. Porażony tą dawką elokwencji najgorszy tancerz, jakiego nosił k-pop, dał sobie spokój. Przynajmniej dopóki władza wykonawcza w jednej osobie nie spoczęła naprzeciwko niego i nie pstryknęła bez zapowiedzi w nos.
- Zabawę w lekarza możesz sobie darować - oświadczyła. - Nie mam pojęcia, jak mam cię tutaj zabawiać, i szczerze kij mnie to obchodzi.
- Ok, w takim razie na czym polega twoje zabawianie, bom ciekaw? - Splótł dłonie za karkiem.
- Na analizie "Antygony", wyobraź sobie. Pod kątem występowania hybris. Co ty na to?
- Cóż... - Uśmiechnął się krzywo. - Po tobie nie spodziewałbym się niczego ciekawszego.
Dragon przyłożył rękę do czoła gestem człowieka decydującego, czy lepiej uderzyć, czy po prostu wyjść.
- Jestem pieprzonym kwiatem lotosu na jebanym jeziorze - wycedził.
T.O.P z chęcią wgłębiłby się w arkany życia kwiatu lotosu, gdyby nie ostrzegawcze spojrzenie młodzieńca. Pewnie, po co rozmawiać na wyrafinowane tematy, lepiej być bydłem. Opadł na plecy, urażony na cały świat, a w szczególności na ignorantów.



***


Za fałszowanie powinno się kastrować. Bez możliwości apelacji.
Choi z trudem uniósł powiekę, by podziwiać irytująco wesołego lidera, nucącego pod nosem coś jeszcze weselszego. Przynajmniej w założeniu, bo w tej chwili była to pieśń powodująca wybudzenie.
- A innej natury problemów to ty nie masz? - wyburczał.
- Będę za pięćdziesiąt minuuuut! - Sprawca zła wszelakiego wcale się nie przejął.
Zafałszował, obudził i wyszedł, jasna cholera.
Drugi raper pokręcił głową z dezaprobatą. Teraz, brutalnie wciągnięty do świata żywych, nie mógł nawet odwrócić się na drugi bok i z powrotem z niego uciec. Postanowił samemu zabrać się za załatwienie jakiejś rozrywki, więc sięgnął po jedno ze słynnych pisemek Seungriego. Po obejrzeniu wielu odpychających, pozbawionych wyczucia zdjęć, przeczytaniu artykułów drażniących i w chuj interesujących, jak na przykład rozważania dotyczące wpływu bezpieczników na częste braki prądu, postanowił przerzucić się na bardziej wymagającą literaturę. Jednak sama myśl, by wznowić poszukiwania, zmęczyła go tak bardzo, iż rozłożył się na łóżku, postanawiając całkowicie zdać się na kumpla.



***


Ji Yong prawdopodobnie nie umiał obsługiwać zegarka/nie potrafił włączyć telefonu/ogłuchł na tyle, by nie słyszeć wybijanych co godzinę komunikatów, więc zjawił się znacznie później. Blady, z rozbieganym wzrokiem, wydawał się być o wiele szczęśliwszy, niż powinien jako haniebny winowajca.
T.O.P zamierzał się roześmiać, rzucić coś zgryźliwego albo chociaż schować z powrotem z urazą pod kołdrą, ale stan rozbawienia Kwona był za... nienormalny. Wstał bez słowa, podszedł do chłopaka i przygwoździł do ściany. Pokręcił głową z uśmiechem, widząc nienaturalnie rozszerzone źrenice. Rzucił nim o ścianę w całkowitym milczeniu.
Z odrazą patrzył, jak G próbuje się podnieść. Przynajmniej na moment pozbawił go uśmieszku.
- Kurwa... - jęknął narkoman. - Bolało.
- Kurwa, mnie bardziej - odwarknął.
Wyszedł z pokoju. Śmiech chłopaka rozbrzmiał niemal od razu, ścigając go do samego wyjścia. Nawet przed samym mieszkaniem ciągle słyszał to wycie, które ciągle przypominało mu o... Usiadł na ziemi. Nie mógł tak po prostu sobie wyjść w niewiadomym celu. W każdej chwili mógł zostać zauważony przez fanki, dziennikarzy, kogoś ze studia... Westchnął głośno.
- Choi, debilu! - Dragon wychylał się przez okno, chyba ostatnią dawką inteligencji nie przerzuciwszy nogi przez parapet. - Wracaj, do kurny...!
Próbował odliczyć do stu. Nie udało się.
- Kwon, popierdoleńcu, podoba ci się twoje aktualne rozstawieni twarzy?!
- Przepraszam, okej?! 
- Pierdol się!
Nie uzyskał odpowiedzi. Nagle przed oczami stanęła mu wizja upadającego, targanego konwulsjami przyjaciela. Przeklinając wszystko co usłyszał o złotym strzale, natychmiast pobiegł do tamtego. 
Znowu uległ panice. Kompozytor spokojnie siedział, standardowo przygryzając wargę. Westchnął teatralnie, by zwrócić na siebie uwagę.
- Choi... - rzekł Ji Yong.
- CO?
- Primo... Nie bij mnie, boś agresywny cholernie. - Uniósł ręce. - Ok, zdenerwowałeś się, ok, chcesz mnie zamordować i tak dalej, ale przeprosiny coś zmieniają, prawda?
- Oczywiście. - Przewrócił oczami. - Kiedy przeprosisz, od razu twoja cholerna osoba przestanie grać dla mnie jakąkolwiek rolę, a ja będę bardzo szczęśliwy obserwował, jak latasz mi najebany po pokoju.
- Rozumiem, że wolisz, bym dał ci się pobić, byś miał czyste sumienie, a potem udawał dobrego obywatela? - Wstał, z impetem odsuwając łóżko.
- Zejdź mi z oczu. Albo przestań brać, tym też się zadowolę.
- Rozmowa skończona.
G podszedł do drzwi. Położył dłoń na klamce i na moment obrócił się w stronę kolegi. Chciał coś powiedzieć, lecz zamarł w pół słowa. Niezdecydowany, czy coś powiedzieć, czy nie, stał.
- Teraz możesz udawać, że wybrałeś tę drugą opcję. - Beat boxer przewrócił oczami.
Kwon spokojnie go obserwował, kiedy podszedł bliżej. Odsunął się, by mógł oprzeć się o drzwi i uśmiechnął się krzywo.
- Choi? - zaczął.
- Tak?
Skrzyżował dłonie na piersi. Przechylił głowę w bok, jakby go oceniając.
- Prześpij się ze mną.
Mężczyzna stracił kontrolę nad szczęką, która swobodnie opadła na długość, jakiej spektakularność można by nazywać „komiksową”.
- Całkowicie cię pojebało.
Lider nie odpowiedział, tylko podniósł się na palcach. Wziął jego twarz w dłonie i delikatnie pocałował. T.O.P natychmiast go odepchnął.
- Jesteś totalnie najebany - warknął.
- Nie sposób zaprzeczyć.
Znowu go pocałował.  To musi być amfa, przypomniał sobie treść ostatnio czytanego artykułu. Nie reagował na kolejne pocałunki, stojąc sztywny.
"Amfetamina wzmaga podniecenie seksualne, wpływając na ciśnienie krwi..."
Wargi G są cieplejsze niż przed chwilą; ich właściciel wydawał się nieprzejęty brakiem reakcji. Dłonie zacisnęły się na materiale koszuli, trzymając się mocno, by pokazać, że nie może odejść, nie może przestać, nie może przerwać. Kolana Seung Hyuna ugięły się pod wpływem tego ciepła, dotyku.
"...i przyspiesza rytm serca, co w połączeniu z..."
Przelotnie dotknął talii lidera, wzdychając cicho w jego usta. Uświadomił sobie, że pragnie tego człowieka bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Nie myślał o wpływie narkotyku, o tym, że to nie powinno mieć miejsca, nie myślał już o niczym. Oparł się plecami o ścianę i wreszcie skinął głową.
Ji Yong. Ji Yong. Ji Yong.
Niemal bezwiednie odpowiadał na pocałunki. Jego usta powoli muskały wargi tamtego, palce oplotły szyję. Rozpaczliwie starał się utrzymać jasność umysłu, ale nie mógł, nie potrafił, kiedy wargi chłopaka... Odsunął się, oddychając ciężko. 
Kiedy Dragon podniósł wzrok, wypuścił głośno resztki powietrza. Rozszerzone źrenice jeszcze dokładniej ukazywały mu emocje, które targały nimi oboma.
Przyciągnął bliżej rapera i ich wargi spotykały się jeszcze raz, delikatniej. Kwon smakował narkotykami i tanimi papierosami, wolnością i czymś jeszcze, czymś czego nie potrafił określić.
W końcu musiał zaczerpnąć powietrza. Od razu potrząsnął głową.
- To się nigdy... - zaczął.
- Jestem najebany - przypomniał z uśmiechem kompozytor. - Nic nie będę pamiętał.
T.O.P doskonale wiedział, że to tak nie działa. Że amfetamina to nie alkohol, że wcale się nie zapomina następnego dnia wszystkiego, co miało miejsce wcześniej. Powiedziałby to, gdyby tylko ponownie nie zatracił się w pocałunkach, gdy wargi chłopaka odnalazły jego.

sobota, 2 listopada 2013

Oppa you’re bad, baaad boy - okresowa przerwa w wydawaniu

Niestety, drodzy czytelnicy, pojawił się kolejny problem z publikowaniem - tym razem drugiego opowiadania. Blogaskowy majtek odmówił współpracy, czyli przepisania i wysłania mi kawałka tekstu, gdyż nadszedł jego czas samorealizacji.
O ile uda się go przekonać, jutro zostanie zaktualizowany nowy odcinek. Jeżeli nie... Cóż, pozostanie Wam jedynie zwrócenie się do niego.
Salut~




wtorek, 29 października 2013

Pieśń o szczęściu - rozdział III

Obrzydliwie krótkie, wiem. Szczególnie, że ostatni rozdział w ogóle nie zaistniał w przestrzeni internetowej. Ale, ale, ale! Teraz czeka nas wspaniały długi weekend, więc naprawdę przysięgam, iż dodam jeszcze jeden, nim nastanie wtorek. Tym razem na poważnie.
Dla żądających dżadżoi czytelników - jakikolwiek wątek rhomansowy pojawi się tak naprawdę dopiero w następnym rozdziale. Lecz od razu będzie ciekawie, dlatego nie krzyczcie.




Nazajutrz T.O.P obudził się w dziwnej plątaninie kończyn, zmęczony bardziej niż przed pójściem spać. Było przeraźliwie, wręcz niewiarygodnie niewygodnie i gorąco. Jedynie moce boskie mogły powstrzymać organizm od wcześniejszego obudzenia się bądź uduszenia. Ewentualnie nawet jego ciało nie posiadało podstawowych potrzeb. Takich drobnostek jak oddychanie i inne nieistotne rzeczy.
Samopoczucia nie poprawiał bynajmniej lider, który miał zdecydowanie za ciepły oddech. Zdecydowanie za blisko jego szyi. Bał się poruszyć, by nie zbudzić chłopaka, więc ostatecznie skończył zesztywniały i skrępowany, przeklinając fakt, iż ten jeden raz w życiu „wstał” pierwszy. Podium mu się, kurna, zachciało.
Zamrugał groźnie, by wywrzeć na śpiącym presję. Powinien się wreszcie obudzić, a nie, nic nie robi, tylko śpi. Otworzył usta, zdumiony taką hipokryzją. Po chwili je zamknął. A co, przecież i tak nikt tego nie słyszy.
W tym momencie G otworzył oko. A Seung Hyun niemal nie wrzasnął, odczuwając lekkie déjà vu. Przebywanie z tym człowiekiem naprawdę stawało się niebezpieczne dla zdrowia. 
- Dzień dobry, śpiąca królewno. - Postanowił być miły. -  Może miałabyś ochotę na prysznic? Śniadanie? Zaprzestanie miażdżenia mi wszystkich możliwych części ciała?
Został całkowicie i bezsprzecznie zignorowany. "Księżniczka" zmarszczyła cudny nosek, wydęła wargi i obróciła się na drugi bok. Przynajmniej próbowała. Dopiero zetknięcie się z zimną ścianą zachęciło ją do podjęcia pertraktacji. 
– Takie pytanie… - A nie, jednak zaczęła bezsensownego pieprzenia. -Dlaczego chodzisz spać bez koszulki, kiedy siedzisz w jednym łóżku z facetem?
W sumie dobre pytanie. Szczególnie biorąc pod uwagę jego awersję do wszelkiego negliżu.
- Oszczędź sobie. Spanie w koszulce jest uciążliwe, nie lubię, jak mnie coś uwiera. – zaczął się tłumaczyć.
- A ja cię nie uwierałem?
Nie zdążył zripostować, bo irytujące dziecko jakimś magicznym sposobem nagle wydostało się z łóżkowej twierdzy i poleciało do łazienki. Przewrócił oczami, gdy usłyszał odgłos zamykanych drzwi. 
Postanowił spożytkować tę chwilę samotności na bliższe oględziny pokoju przyjaciela. Szybko jednak uznał, że nie ma tu nic wartego uwagi, a siłę, jaką pożytkował na wzbranianie się przed zaglądaniem do cudzej MĘSKIEJ szafki z bielizną, spożytkował na dobieraniu stroju. Może wyglądem odwróci uwagę od całkowitego braku tanecznego talentu?
- Wyłaź, bo zaraz ci narobię do doniczki! – zagroził, dobijając się do drzwi toalety.
Oczywiście reakcji brak. Przejmowanie się pragnieniami bliźnich nigdy nie należało do zakresu obowiązków pana G-Dragona. 



***



Do rozpoczęcia pozostało niecałe 15 minut, ale Ji Yong nie za bardzo się tym przejmował. Nie łudził się. T.O.P mógłby zostać uznany za dobrego tancerza jedynie przez komisję złożoną z niewidomych. Chociaż nawet oni usłyszeliby, iż on i kroki to Arktyka i Antarktyda  Pozostało jedynie obmyślić jakąś ciekawą i w pełni usprawiedliwioną zemstę. Przecież w końcu mu pomagał, prawda? To nie jego wina, że ten idiota niczego się nie nauczył.
Właśnie stał naprzeciwko drzwi, usiłując jakoś ulokować na nich wiadro. Niestety, plan poległ już na drugi etapie realizacji. Nie potrafił w żaden sposób położyć pojemnika tak, by samemu nie zostać od razu ubranym.
Wesołą zabawę w kotka i myszkę przerwała wydobywająca się zza drzwi sali prób rozmowa. Kierowany wrodzoną wścibskością...wrodzoną ciekawością, jak poprawił się w myślach, przysłuchał się dokładniej.
- …ale fanki mają większą siłę przebicia od nic nieznaczącej, dopiero uczącej się gwiazdeczki.
Po drugiej stronie drzwi zaległa chwilowa cisza, po czym odezwał się ktoś o podejrzanie podobnym do Seung Hyuna głosie. Nie, to nie mógł być. Miał ćwiczyć. Miał się przygotowywać. NIE MÓGŁ teraz się obijać! Niemożliwe. Niemożliwe. Niemożliwe. G zatkałby sobie uszy, gdyby nie ta nagląca potrzeba wiedzenia o wszystkim.
- Wiesz, jak zrezygnujesz już na starcie, nic nie osiągniesz. Zresztą… To twoje życie, masz prawo mieć na nie jakiś wpływ.
Krótkie, zrezygnowane westchnienie i całkowita zmiana tonu:
- Może i masz rację. Ale… Teraz bardziej mnie interesuje, gdzie tym razem spędziłeś noc. Ładna jakaś?
Histeryczny wybuch śmiechu.
- To nie to, o czym myślisz…
- Ehe, najczęstsze kłamstwo na świecie.
- Naprawdę, postanowiliśmy z Kwonem… Obejrzeć wszystkie odcinki "Czystej krwi", a trochę tego jest, więc… Zamieszkam u niego na parę dni. I tyle.
Wstrętny podsłuchiwacz zamarł, szczerze urażony wplątaniem go w tak beznadziejną historyjkę. Przez moment analizował wszystkie za i przeciw, by w końcu wpaść pomieszczenia z okrzykiem godnym Indianina atakującego dyliżans. Stojący pod oknem Dae Sung i T.O.P podskoczyli na sam jego widok. Ha, mimo wszystko pamiętają, że lider jest pierwszym po Bogu.
– On mnie katował, a nie oglądał seriale! - zawołał z bólem, nieco niepasującym boskiej istocie. – Zabierz go, bo umręęę.  – Oczywiście odpowiedziała mu cisza. Ok, jednak przeliczył się co do ich zdolności przyjmowania tylu bodźców naraz. – Marsz na próbę! Marsz... na... próbę... wy. - Wykonał dość obrazową pantomimę. - Ale nie, nie wy. W sensie, tylko D-Sol, Ty, Choi, czekaj. Na moment, dosłownie na moment.
- Mistrz nurkowania głębinowego, jak to w pewnej mandze ujęli… - mruknął pod nosem paskudny raper, z niesmakiem obserwując, jak główny wokalista bez słowa opuścił pokój.
- Wrzeszczeć na jednym oddechu to mogę i dłużej. – Kompozytor wystawił język. – Słuchaj, mamy jeszcze 10 minut, wszystko można dopracować! Po pierwsze… Odpręż się, dziadu jeden! W ciągu 1/6 godziny mogę ci puścić nawet pornola, jeżeli cię to odpręży, so… Wdech i wydech! Lepiej?
Ignorant mógłby powiedzieć, iż to on najbardziej się przejmuje. Że nie powinien tak skakać, bombardować informacjami, poradami i innymi bardzo przydatnymi rzeczami. Ale tak powiedziałby jedynie człowiek ograniczony. T.O.P na pewno należał do osób światłych, więc...
Nie, jednak nawet on wolał wegetować w ciemnogrodzie. Uniesiona bezwiednie lewa brew bezwarunkowo o tym świadczyła.
- Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z faktu, że takim pieprzeniem jeszcze bardziej mnie denerwujesz…
Ji Yong ujął w dłonie gębę głupiego, niewspółpracującego człowieka i zmusił, by na niego spojrzał. Następnie dźgnął go między żebra.
- To na szczęście, panie Choi. – Uśmiechnął się szyderczo. Nagle do głowy przyszła mu jeszcze jedna frapująca rzecz, doskonale wpisująca się w kanon poprzedniej wypowiedzi. – Pamiętasz wszystko?
- Teraz zaczynam mieć wątpliwości. Przerażasz bardziej od tego łysiejącego, spoconego faceta, który patrzy na mnie wzrokiem zgłodniałego pedofila bądź fana G-Top.
G westchnął bardzo dramatycznie oraz bardzo, ale to bardzo przeciągle, po czym zmierzył lodowato przyjaciela. W duchu pogratulował sobie należenia do zespołu, do którego chyba dobierali według najniższego IQ. Oczywiście oprócz niego. Postanowił zastosować inną taktykę. 
- Nie waż się odsłonić wad przed tym nadętym bubkiem, który nie sięga ci nawet do ramienia! – rzekł nieco bezsensownie. Mimo wszystko on też ledwo tam sięgał. 
Nie spuszczał z kolegi wzroku. Jeszcze nigdy nie widział takiego nagromadzenia uczuć w oczach Seung Hyuna. Zniecierpliwienie, przerażenie i... Zmrużył powiekę. Czyżby właśnie...? Przysunął bliżej twarz, by móc się przypatrzeć. Z nieznanych powodów policzki tamtego pokryły się ciemniejszymi plamkami. Miał uczulenie? Dlaczego...? 
Spoliczkował rapera, odskakując do tyłu. Pokręcił głową na widok zmieszanej, zdziwionej miny przyszłej klęski tanecznej.
- To... Też na szczęście. - Wzruszył ramionami.
 - Nie wiem, którą jeszcze częścią swojego ciała mi przywalisz, ale radzę przed tym zastanowić się, czy ma ono tak zbawienny wpływ, żeby siniaki pomagały w tańczeniu…
- Powinienem życzyć ci połamania nóg, więc ciesz się, iż nie wprowadzam kolejnego powiedzonka w czyn – odparował. – Mamy 5 minut, więc ruszajmy, no chyba, że masz jeszcze coś do załatwienia.
T.O.P nie odpowiedział. Zmienił wyraz twarzy na skazańca i wywlókł się na korytarz. G pokręcił głową. Skojarzenia z "Zieloną milą" były nie do odparcia.



***



Ku niezadowoleniu lidera, w pomieszczeniu byli już zgromadzeni wszyscy trenerzy, z tak dokładnie opisanym przez Choia z menadżerem na czele. Z trudem powstrzymał się od ucieczki. Jedynie mocarna siła obywatelskiego posłuszeństwa zmusiła go do pokłonienia się i dołączenia do stojącej reszty kolegów.
- Fascynujące, że groziłeś mi wczoraj takim knypkiem – wyszeptał do drugiego rapera, spoglądając na niskiego oraz przysadzistego mężczyznę. – W swoim wczorajszym stanie byłbym go w stanie zamordować, nim by dotarł do Papy Yenga.
- Gorzej, gdyby moje przypuszczenia wobec niego okazały się prawdą i wykorzystałby twoją niedyspozycję. – Złowieszczy chichot pozbawił go resztek dobrego humoru. 
- To może na początek Tempo zaprezentuje swoje postępy?
Ok, jednak jeszcze jakieś resztki były. Dopiero teraz poszły się chędożyć.
Drugi raper wystąpił z miną w najlepszym wypadku wyrażającą kompletny żal nad straconym żywotem. Wydawało się, iż już teraz ciało odmówiło mu współpracy; Ji Yong nawet nie próbował wyobrażać sobie tego, jak będzie wyglądał jego taniec.
Jednak nie było tak źle. T.O.P ewidentnie wyłączył myślenie, nie skupiając się dokładnie na tym, co robił. Szczerze mówiąc, powoli zaczynał przechodzić z kategorii "bezdenne niczym Bajkał dno" do "beznadziejnej do bólu beznadziei". Cóż, zawsze jakiś postęp. Kwon przygryzł wargę. Wyglądało to naprawdę coraz lepiej, tamten dał się ponieść uczuciu i...
Wylądował jak długi na podłodze.
Nawet mucha przestała irytująco bzyczeć. Wszyscy stracili zdolność artykulacji. Pierwszy otrzeźwiał lider. Przeskoczył nad leżącym, unosząc w emfazie ręce do nieba.
- On stracił przytomność! - zakrzyknął.
Jako że był wybrańcem bogini Fortuny – nikt nie zakwestionował jego słów. Reszta towarzystwa albo nie mogła dalej nic powiedzieć, albo zamarła z powodu tak wspaniałego popisu jego zdolności aktorskich. Otarł pot z czoła dramatycznym gestem i ujął kolegę za ramiona. Nie dbając za bardzo o komfort tamtego, wyciągnął go z pomieszczenia.




sobota, 26 października 2013

Oppa you're bad, baaad boy - część II

nieżywypłonącylas przerabia, olewając przy tym swoje trzy prawie narodzone artoflajfy, a to wszystko dlatego, że nie chce mieć takiego opóźnienia jak brzydka Bellatriks. Oczywiście dobrze wiecie, kogo należy lubić bardziej <:
Anyway, have fun!


Kwon tym razem się nie zgubił. Przynajmniej w drodze do szkoły.
Do pierwszej sali także trafił bez większych przeszkód - zabranie ze sobą rozkładu lekcji z wypisanymi salami okazało się być genialnym pomysłem. Aż żałował, iż kiedykolwiek wątpił w intelekt swojej siostry.
Problem polegał na tym, iż pojawił się w klasie nieco za wcześnie, a nie zamierzał ani zawiązywać, ani tym bardziej zacieśniać żadnych znajomości. W celu ochronienia się przed światem, położył głowę na blacie.
Wtem rozległ się głos odsuwanego krzesła i na ławkę obok opadł niejaki T.O.P. Zlustrował chłopaka wzrokiem i z westchnieniem człowieka, który przegrał z życiem, zaczął stukać palcami o blat ławki.
- Możesz przestać? - Podniósł głowę po nieudanej próbie ignorowania.
- Mogę. - Nie przestawał.
G rzucił w niego książką, perfekcyjnie trafiając jej kantem w podbródek.
Od razu tego pożałował. Choi wstał i niezwykle powoli podszedł do ławki w której siedział Ji Yong. Oparł się o nią rękami.
- Ty naprawdę chcesz sobie narobić kłopotów. - Pokręcił głową. - A miałem nadzieję, że mój ostatni rok będzie względnie pacyfistyczny.
- Po prostu nie uznaję rządów proletariatu - mruknął nieprzekonująco. - I dlaczego jesteś taki pewien, że będzie to ostatni rok?
- Dyrektor powiedział, że nie ma ochoty trzymać mnie tu wieczność, więc raczej zechce mnie przepuścić – wytłumaczył.
- Powodzenia. - Z powrotem opadł głową na biurko. - Możesz dać mi spokój?
Szkolny mafioza patrzył na niego dłuższą chwilę, jakby zastanawiał się czy dać mu w mordę.
- Miałbym wyrzuty sumienia, gdybym bił osobę, z którą przez przypadek chciałem iść na randkę. - Westchnął głęboko.
Przywitał się z ponuro wyglądającymi chłopakami i to z nimi zaczął rozmowę.
G patrzył na niego, jakoś nie mogąc się przekonać, by tego nie robić. Co prawda, tamten mu się za cholerę nie podobał, ale czuł się dziwnie. Nie zmieniało to oczywiście faktu, iż "łaska" okazana przez Seung Hyuna okropnie go zirytowała.
Kiedy wszedł nauczyciel, znów musiał odwalić całą szopkę z przedstawianiem. Nie znosił tego, lecz zdążył się przyzwyczaić. Od razu polubił profesorkę - szybko wyszło na jaw, iż znacząco przyczyniła się do zatrzymania jeszcze jeden rok w szkole pana mafiozy. Z jednej strony żałował tego - z chęcią nie dostąpiłby zaszczytu poznania go - z drugiej zaś czuł pewną satysfakcję.
Sam T.O.P nie wyglądał na przejętego tym, że nauczycielka próbowała całej klasie udowodnić, jaką niewiedzą grzeszy. Zaczął pisać liściki do siedzącej kilka ławek dalej tlenionej blondynki. Bawił się doskonale do momentu, kiedy pani profesor przechwyciła jeden z nich. Na szczęście dla niedoszłej parki stwierdziła jednak, że treść nie nadaje się do odczytania w szkole.
- To ty nie jesteś gejem, skarbie? - zdziwił się teatralnie Ji Yong, zanim powstrzymał potrzebę komentowania.
Seung Hyunowi zrzedła mina, ale powstrzymał się od wstania.
- Pogadamy o tym po lekcji, kochanie.
- Wierzę w swoje umiejętności spieprzania - odparł mimo syku nauczycielki.
Przez całą lekcję nie odwrócił się już w kierunku pana chuligana. Kiedy profesorka pozwoliła im wyjść, zaczął bardzo, ale to bardzo powoli pakować książki. Wyszedł z klasy równo z dzwonkiem zwiastującym rozpoczęcie kolejnej godziny zajęć. Widząc nieporuszonego T.O.Pa, wypuścił ze świstem powietrze.
- Mimo wszystko myślałem, że w poprzedniej szkole lepiej cię przystosowali. - Westchnął. - Skarbie, gdybyś wyszedł na przerwie, nic bym ci nie zrobił.
- Wierzyłem, że sobie pójdziesz; ewentualnie odsuniesz się na tyle, bym mógł efektownie spieprzyć - wytłumaczył, odsunąwszy się lekko.
- Wierzyłeś, że jako przykładny uczeń przestraszę się wizji spóźnienia na lekcję? - parsknął.
- Dobra, miejmy to z głowy. - Założył sobie włosy za ucho. Jeśli ma umierać, będzie umierał z porządną fryzurą.
Ale ból nie nadszedł. Wręcz przeciwnie, Ji Yong poczuł delikatny dotyk na policzku.
- Szkoda obijać taką ładną buźkę...
- Zaczynam się ciebie bać. - Przygryzł wargę wbrew wszelkim regułom podwórkowego BHP.
Mafioza westchnął demonstracyjnie.
- Nie powiem, że niesłusznie. Naprawdę nie chcę ci robić krzywdy, więc po prostu grzecznie się zamknij i nie wchodź mi w drogę, jasne? - Uniósł brwi, pochylając się nad nim.
- Ale to jest silniejsze ode mnie - tłumaczył się jak małe dziecko. - Tym bardziej, że akurat tamta uwaga była bardzo ade... - urwał nagle. - To znaczy... Przepraszam.
- Kocie, to był jednorazowy występek. Zazwyczaj naprawdę nie ciągnie mnie do chłopców, a twoje pieprzenie o moim domniemanym gejostwie jest już nudne - zszedł z miłego tonu.
Nie zdążył odpowiedzieć.
- Ależ co tu się wyrabia! - dobiegł ich entuzjastyczny głos. Za Seung Hyunem stał młody profesor, którego spotkali dzień wcześniej. Wyglądał na nienormalnie uradowanego. - Czyżby przemoc szkolna? Ale przecież - nieważne, co się stało, ale kto zaczął! To znaczy... Nie. Nie jestem aż tak dobry. - Wsadził sobie dziennik pod pachę. - Jaki chcecie szlaban? Może wspólne przeczytanie czegoś i opracowanie referatu o Murakamim na sześćdziesiąt stron?
- Z wielką chęcią, panie profesorze. - Ji Yong wyłonił się spod "kolegi". - Ale widzę pewną przeszkodę, która zdaje się być nie do przekroczenia. Istnieje dość duże prawdopodobieństwo, iż mój współwinny nie potrafi czytać.
- Wolicie więc sprzątać?
- Ja pierdolę - warknął chuligan. Niezbyt uśmiechała mu się wizja integracji. - Ja proponuję, żebyś nam dał naganę, obniżył zachowanie i zadzwonił do rodziców.
- Ale to nie będzie zabawne. Wybacz, T.O.P, ale naprawdę... Przez ciebie nie dostałem motywującej, bo mi obniżyłeś statystyki. - Wzruszył ramionami. - Sprzątanie czy książki?
Nagle stało się coś dziwnego.
- Na temat której z książek Murakamiego? - zainteresował się Seung Hyun.
Ji Yong potrząsnął głową z przerażeniem. Co jak co, ale znajomości współczesnych pisarzy po nim się nie spodziewał. Jakiejkolwiek znajomości pisarzy również.
- To już wybierzcie sami - nie przepadam za nim. - Posłał złośliwy uśmiech, po czym przemaszerował do innej sali.
Chłopak od razu postanowił zabezpieczyć twarz przed kolejnym wyładowaniem złości.
- Teraz nie powinieneś mnie uderzyć, bo nie będę mógł ci pomóc, prawda?
- Mam nauczkę na przyszłość, żeby nie być miłosiernym - Uśmiechnął się krzywo.
- Yhym. Więc kiedy to piszemy? Nie, żebym miał jakieś zajęcia, ale chcę to mieć z głowy.
Seung Hyun zmarszczył brwi, szukając jakiegoś złotego środka, dzięki któremu mógłby uniknąć najgorszej z możliwych kar, jaką zaserwował mu profesor. Powoli zaczął się zastanawiać, co ten zrobi, jeśli nic mu nie oddadzą, jednak...
- Przyjdź do mnie po lekcjach.
- Nie wiem, gdzie mieszkasz. I nie, nie wiem jak trafić.
- Ok, więc pójdziemy razem.
- Możemy w sumie teraz? Chyba że chcesz zostać w szkole - zasugerował ze złośliwym uśmiechem.
Ruszył powoli, nie oglądając się za chłopakiem.
- Lepiej iść tam, zanim mój współlokator wróci z pracy - przyznał po chwili. - Ten bezsens całkiem pasuje do Murakamiego, możesz zacząć się wczuwać.
- Współlokator? - Zignorował dalszą część wypowiedzi.
- Pedał ze skłonnościami matczynymi.
- Twój kuzyn?
Podążył za nim, czując się nad wyraz dziwnie. Może nie marzył o pobiciu, ale wydawało mu się ono normalniejsze niż odwiedziny u agresora number 1.
- Tak twierdzi, ale ja się do niego nie przyznaję.
- Ach, to na niego leci nasz wychowawca! Jeszcze go nie wywalili? - zainteresował się. - Przecież to deprawowanie młodzieży.
- Próbowałem zrobić coś w tym kierunku, ale w ostateczności tylko mnie udupił, więc nie radzę. - Wyszedł z budynku szkoły, od razu wyciągając papierosy.
- Ale jakim cudem...? MUSISZ być dobry ze sportów, więc... Lol, to bezsensowne. - Pokręcił głową. - Każ swojemu kuzynowi się z nim przespać i z głowy.
- Nie chodziłem wcale na wuef, więc jakieś tam podstawy miał. A mój kuzyn mimo wszystko mnie utrzymuje, nie zamierzam robić mu krzywdy. - Zaczął walkę z nieposłuszną zapalniczką.
- Dobra, to nieistotne. - Machnął ręką. - O czym robimy? Bo chcę już w myślach układać, rozumiesz...
- Najlepiej byłoby wziąć te bardziej znane. Na przykład gdybyśmy zanalizowali "Kronikę...", wywalając na wierzch błędy, których nikt nie chce dostrzegać, bo to klasyk, byłoby o wiele ciekawiej. Z drugiej strony o tej książce wszyscy już słyszeli, więc... A chuj z tym. - Zaciągnął się z wyraźną przyjemnością.
- Ty się naprawdę na tym znasz - wyszeptał z przerażeniem. - Wiesz, jak psujesz tym sobie wizerunek?
Chłopak zaśmiał się szczerze.
- Muszę cię zasmucić, bo nikogo to zbytnio nie obchodzi.
- Ale to jest dziwne. Cholernie dziwne. Nie jesteś - machnął chaotycznie rękami - stereotypowy. Ale i tak cię nie lubię.
- Super - mruknął kryptointeligent.
T.O.P przestał zwracać na niego uwagę, mimo paru prób nawiązania kontaktu. Nie odzywał się, skupiwszy na paleniu. Nawet kiedy znaleźli się  przed jego domem, jedynie otworzył drzwi i przepuścił gościa.
- Napijesz się czegoś? - wreszcie raczył wyartykułować.
- Zależy co masz.
Rozejrzał się po wnętrzu domu, które zdecydowanie nie wyglądało jak mieszkanie dwóch mężczyzn. Żadnych porozrzucanych ubrań, nieumytych szklanek, których nikomu nie chciało się sprzątać czy chociażby brudnej podłogi. Przeciwnie - po raz pierwszy spotkał się z tak dokładnie wyszorowanymi kafelkami, pozbawionymi choć najmniejszej cząstki kurzu półkami, a przecież trzymał w domu dwie kobiety. Już wiedział, co może zarzucić matce i siostrze, gdy wróci.
- Gdzie masz pokóóój? - Na palcach wychylił się zza framugi.
- Ostatnie drzwi po lewej. Radzę uważać, bo tam moja sprzątaczka nie ma prawa wchodzić. - No cóż, teraz było już pewne, że to jemu należą się zasługi. 
Niebyt zachęcony tym wyznaniem Ji Yong z przerażeniem zbliżył się do otchłani piekielnych. Jęknął w tej samej sekundzie, w której rozwarły się drzwi. Nie potrafił określić, w którym miejscu kończy się podłoga, a w której zaczyna jakikolwiek mebel. Cała powierzchnia znajdowała się pod jedną, gigantyczną stertą WSZYSTKIEGO. Żart o chodzeniu sprzątać z kompasem i łopatą niespodziewanie stracił na swej śmieszności.
Zamknął głośno drzwi, jakby odcinając się od złego, pozbawionego uporządkowania świata i powrócił do salonu. Biegiem.
- Nie, lepiej pracujmy tutaj - oznajmił zdyszany.
- Jesteś pewien, że nie jesteś kobietą? - Gospodarz niósł brew.
Postawił na stoliku piwo i poszedł do pokoju, by wrócić z prawie całym dorobkiem pisarskim Murakamiego.
- Serdecznie przepraszam – oburzył się teatralnie – ale ja tylko hołduję starym zasadom! - Nadął policzki. Nie miał pojęcia, jak może uargumentować niechęć do brudu tak, by nie zostać wyśmiany. Postawił na zmianę tematu. - Tak w ogóle, to dlaczego nie mieszkasz z rodzicami?
Choi wyglądał jak człowiek, który bardzo pragnie coś zauważyć, lecz z całych sił się powstrzymuje. Chyba zwrócił uwagę na jego przeskakiwanie z tematu na temat. Cóż, musiał pojąc, iż niektórzy tacy się rodzą i nie nie da się na to poradzić.
- Bo umarli – odparł. - Zanim zrobi się niezręcznie i najdzie cię nieodparta potrzeba złożenia mi kondolencji i współczucia do końca życia, wiedz, że nie jest mi przykro. Teraz chociaż mam kompletny luz.
- Gdyby rzekł mi to jakiś normalny człowiek, pomyślałbym, iż takim gadaniem próbuje zamaskować ból po stracie i tak dalej, ale... Ty to ty. - Westchnął przeciągle. - Idę do salonu.
Niektórzy rodzą się też jako ciągli zmieniacze zdania. To też trzeba było przeżyć.
Seung Hyun ponownie powstrzymał się od komentarza. Choć gdy po chwili dołączył do Kwona, przyszło mu to z wyraźniejszym trudem. Widząc leżącego na brzuchu, majtającego nogami chłopaka, pożałował po raz setny, iż ten nie jest dziewczynką.
- Przez stereotypy spłacasz mój wizerunek bohatera tragicznego. Skąd wiesz, czy bicie niewinnych dzieci nie jest dla mnie sposobem poddania się zapomnieniu?
- Idź z tym do psychologa - nie wydawał się przejęty; sięgnął po pierwszą lepszą książkę i zabrał się do czytania. - Rodzice też mnie chcą wysłać.
T.O.P obdarzył go pełnym zaciekawienia spojrzeniem. Nie ukrywał zainteresowania, zamierzał naprawdę zapytać kolegę o powód zmartwienia jego rodziców i na pewno by to zrobił, gdyby nie pełen tryumfu okrzyk:
- Tabi, mam makrelę!
Ledwo powstrzymał się od wydania z siebie skowytu. Miał dość człowieka, który właśnie przyszedł i wszystkiego, co reprezentował. Nawet Bogu Ducha winnej makreli.
- Jestem w szkole, idioto! - odkrzyknął bezsensownie.
Nowo przybyły zapiał tonem zdobywcy Rzymu. Usłyszeli jak biegnie po schodach i po chwili mogli zobaczyć potarganą, udającą, iż jednak działa na nią żel, czuprynę. Obecności człowieka nie stwierdzono.
- Byłem pewien, że znowu ucie... - Na widok nadmiaru młodzieży opiekun zamarł. - Zerwałeś z San Darą?!
Seung Hyun spodziewał się wielu pytań. Naprawdę wielu. Niestety, zapomniał jak pusta i pełna absurdów jest łepetyna jego kuzyna. Oczywiście, musiał zadać pytanie, na które zwyczajnie nie przewidział odpowiedzi.